magazyn-firma

To jeszcze nie jest efekt podwyżki płacy minimalnej, bowiem bazujemy na danych za grudzień. W ostatnim miesiącu 2021 roku pensje były wyższe o… 11,2% niż rok wcześniej. Eksperci nie mają wątpliwości – to klasyczny przykład spirali inflacyjnej. Czy wzrost wynagrodzeń wykończy firmy?

Wzrost wynagrodzeń – stres test dla firm

Polska gospodarka wpada właśnie w zamknięty krąg zdarzeń, z którego próżno szukać wyjścia ewakuacyjnego. Najprościej wyjaśnić go takim następstwem zdarzeń: rosną ceny, więc rosną pensje. Skoro rosną wynagrodzenia, muszą rosnąć też ceny. Prostota tego procesu jest szalenie niebezpieczna. Widać to już we wskaźnikach inflacji PPI. Dostrzegamy to także patrząc na wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw.

CZYTAJ TAKŻE: Polski Ład w wersji "light"?

Eksperci nie mają złudzeń. Rynek pracy wchodzi właśnie w szalenie niebezpieczną spiralę inflacyjną:

Mamy kolejny rekordowy wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób. Przeciętna płaca  wyniosła 6644,39 złotych (brutto) i była wyższa od tej wypłaconej rok wcześniej o 11,2%. Należy zwrócić uwagę, że ten wzrost nie wynika z podwyższenia płacy minimalnej, bo ta zmiana zacznie oddziaływać dopiero od stycznia zwiększając już i tak dużą presję na wzrost płac” – mówi ekspertka Konfederacji Lewiatan, Monika Fedroczuk.

Pracownicy pod ścianą – liczą na wzrost wynagrodzeń

W niebezpiecznej spirali są też pracownicy. To, że wywierają presję na wzrost płac, a w przypadku odmowy szukają innego zajęcia to nie tylko fanaberia. Dość powiedzieć, że rynek spodziewa się dalszego wzrostu stóp procentowych. Niewykluczone, że raty mogą wzrosnąć o połowę. Ktoś, kto płacił co miesiąc do banku 2000 złotych raty za mieszkanie, wkrótce może płacić 3000 – dla budżetów większości gospodarstw to poważny cios, który złagodzić może jedynie podwyżka od szefa.

Presję inflacyjną mogą dodatkowo podsycić wypowiedzi szefa Banku Centralnego, który w wypowiedzi dla Reutersa zasugerował kolejne podwyżki stóp procentowych.

Inflacyjne niebezpieczeństwo dla firm?

Podwyżka cen produktów i usług dla wielu firm to absolutna konieczność. Wzrost cen surowców, półproduktów i ludzkiej pracy nie pozostawia złudzeń. Taki stan rzeczy może okazać się niebezpieczny dla firmy, których pozycja na rynku wypracowana była polityką niskich cen oraz wysokich rabatów. Dziś taka strategia jest tyleż trudna co niemożliwa do utrzymania.

Polskie doświadczenie z lat dziewięćdziesiątych pokazuje, że wyjście ze spirali zadłużenia jest bardzo trudne. Na dłuższą metę wiele firm może takiej próby nie wytrzymać. Kluczowe w tym momencie jest ostrożne zarządzenie zaopatrzeniem oraz polityką kadrową. To te dwa elementy w dużej mierze będą miały bezpośredni wpływ na kondycję wielu firm, szczególnie tych małych – wynika z ocen ekonomistów.

Mówiąc o inflacji, zawsze odnosimy się do inflacji konsumenckiej (CPI). Z perspektywy firm dużo ważniejszy jest jednak wskaźnik inflacji cen produkcji przemysłowej (PPI), która naprawdę pokazuje ponurą rzeczywistość polskiej gospodarki. Taka inflacja w firmie może być ciężkim wyzwaniem.

Inflacja w firmie – wielu przedsiębiorców nie pamięta takich rozmiarów

Po raz ostatni inflacja w firmie była tak wielkim problemem w maju 1996 roku. To były czasy, kiedy nowo rejestrowane auta jeździły na czarnych blachach, a polska mapa administracyjna była mozaiką 49 województw. Radą Ministrów kierował Włodzimierz Cimoszewicz. W salonach samochodowych najlepiej sprzedawał się fiat 126 w wersji EL. Cyfrowa telefonia komórkowa dopiero miała wejść z numerami zaczynającymi się na 601 i 602… ale w maju działał jeszcze tylko Centertel z legendarnym prefiksem 0-90. Internetu właściwie nie było.

Dla wielu współczesnych przedsiębiorców to archaik. Po części za sprawą inflacji cofnęliśmy się właśnie do tamtych czasów. Jak poinformował GUS inflacja mierzona przez pryzmat cen produkcji przemysłowej (PPI) wzrosła w skali rocznej o... 14,2%. Zatem jeśli ktoś mówi, że w Polsce nie ma jeszcze dwucyfrowego wzrostu cen, to opiera się tylko na jednym wskaźniku. Akurat tym, na który firmy produkcyjne raczej nie patrzą.

Czym jest inflacja PPI

Mowa o wskaźniku cen dóbr produkcyjnych, który pomaga nam mierzyć, jak zmieniają się ceny ustalane przez firmy produkcyjne na różnych etapach złożonego procesu wytwarzania dóbr. Amerykanie liczą go już od lat 90-tych XIX wieku. W Polsce, nadal traktowany po macoszemu, a szkoda, bo inflacja w firmie przekłada się na ceny w sklepach. Z pewnym opóźnieniem, ale jednak.

CZYTAJ TAKŻE: Firma i inflacja. TOP 5 pomysłów na drożyznę

Inflacja w firmie a ceny w sklepach

Przy takiej skali wzrostu cen w produkcji, kwestią czasu jest przełożenie się jej na inflację konsumencką. To oznacza, że nad naszą gospodarką ciąży już widmo dwucyfrowej inflacji CPI, czyli tej, która nadal w ekonomicznej percepcji jest wzorcem metra.

Wskaźnik PPI pokazuje nam także, z jak poważnym problemem borykają się dziś firmy. Aby wyjść na swoje, muszą podnosić ceny. Skoro więcej płacą za komponenty, pracę, logistykę, trudno będzie im wypuścić towary przez bramę zakładu po dotychczasowych cenach. W tym kontekście może się okazać, że efekt Tarczy Antyinflacyjnej może być bardzo krótki, a kolejni producenci bez skrupułów będą podnosić wycenę swojej pracy.

Prowadzenie firmy w czasach inflacji

Spróbujmy znaleźć w tej sytuacji kilka pozytywów. Rok 1996 dla prywatnych firm był w dużej części czasem wzrostu i rozwoju. Młode firmy, dobrze radziły sobie też wcześniej kiedy w Polsce panowała hiperinflacja w dobie przemian ustrojowych. To właśnie w realiach inflacji urosło wiele potęg, które stanowią ważny element całego gospodarczego mechanizmu do dziś.

Różnica polega jednak na tym, że w 1996 roku mimo wysokiej z dzisiejszej perspektywy inflacji, mieliśmy do czynienia z jej powolnym, ale odwrotem. Panował więc zupełnie inny trend niż dzisiaj. Wtedy dużo łatwiej można było założyć, że za rok będzie lepiej. I rzeczywiście było. W tej sytuacji dziś jesteśmy w zupełnie innym scenariuszu.

Rada Ministrów przyjęła we wtorek (11.1) założenia projektu pod hasłem Tarcza Antyinflacyjna 2.0. Od lutego ma spaść VAT na paliwa i żywność. W tym ostatnim przypadku do 0%. Zdaniem przedsiębiorców to kolejny cios w biznes i… bomba z opóźnionym zapłonem.

Tarcza Antyinflacyjna 2.0 – dodatkowy problem przedsiębiorców

Zacznijmy od problemu prozaicznego, oczywistego, ale zupełnie pominiętego w komunikacji rządowej. Obniżenie VAT na żywność do 0% nie będzie polegała wyłącznie na zmianie cenówek na półkach. Właściciele sklepów będą mieli zaledwie dwa tygodnie na to, by zmienić cały system sprzedażowy. Konieczne jest przeprogramowanie kas fiskalnych. Biorąc pod uwagę ograniczony czas działania tarczy, za pół roku trzeba będzie robić to samo, aby odwrócić ten proces.

CZYTAJ TAKŻE: Czym jest Polityka Zakupowa Państwa?

Ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan Mariusz Zielonka nie ma wątpliwości - „Niezrozumiałe jest też, że kolejny raz rząd w swoich działaniach pomija przedsiębiorców. Wystarczy wspomnieć, że inflacja producencka sięgnęła w listopadzie 13,2%, a obecne ceny paliw spowodują kolejne wzrosty tego wskaźnika”. To oznacza, ze efekty tarczy w ostatecznym rozrachunku będą mizerne, a winę w oczach niezadowolonych klientów i tak będzie ponosił „zły przedsiębiorca”, który próbuje zarabiać na tarczy. Choć wcale to tak nie musi wyglądać.

🎥 Premier @MorawieckiM w #KPRM: Słabi politycy szukają wymówek, odpowiedzialni szukają rozwiązań. Już od 1 lutego na 6 miesięcy, czyli do końca lipca wdrażamy nowe, kolejne rozwiązania w ramach #TarczaAntyinflacyjna 2.0. pic.twitter.com/cs8RXzCr9w

— Kancelaria Premiera (@PremierRP) January 11, 2022

Co się stanie, kiedy tarcza przestanie działać?

Lewiatan zwrócił uwagę na coś, co nie wybrzmiało w rządowym komunikacie. Chodzi o odpowiedź na proste pytanie. Co w sytuacji, kiedy tarcza przestanie działać. Zdaniem Zielonki, w tym newralgicznym momencie inflacja może przekroczyć… 10%. Jedynym ratunkiem przed takim katastroficznym scenariuszem jest odwrócenie trendów na globalnym rynku. Ale czy można mieć nadzieję, że oto w lipcu 2022 roku ceny artykułów spożywczych, benzyny, czy nawozu zacznie spadać? O to nie założą się nawet najwięksi optymiści.

▶obniżki #VAT przyniosą ulgę konsumentom, po #TarczaAntyinflacyjna #inflacja sięgnie 10%

▶wg. @LewiatanTweets teraz cena paliwa ⬇ o około 40 gr/l

▶przedsiębiorcy mają 2 tyg. żeby zmienić systemy sprzedażowe i przeprogramować kasy fiskalne

https://t.co/q8gyrLDq7F pic.twitter.com/CksLfOf2uh

— Lewiatan Tweets (@LewiatanTweets) January 11, 2022

Wygaśnięcie tarczy będzie bolesne

Rząd funduje obywatelom jedynie chwilową ulgę. Konfederacja ma jednak wątpliwości co do jej sali. Szacuje, że przeciętna rodzina na obniżce cen żywności oszczędzi od 40 do 50 złotych na miesiąc. Efekt ten może jednak zostać pogrzebany dalszymi wzrostami cen. Mimo obniżki VAT ceny wielu produktów mogą wynosić tyle, ile w połowie listopada 2021 roku. Czyli i tak dużo.

Tarcza antyinflacyjna nie zadziała więc jak czarodziejska różdżka, która rozwiąże wszystkie problemy. W oczach konsumentów, za zbyt słaby efekt tarczy winę poniesie nie władza, ale przedsiębiorcy. Pazerni jak zawsze.

Tarcza Antyinflacyjna 2.0 a ceny na stacjach

Rząd liczy, że obniżka VAT na paliwa przełoży się nawet na 70 groszy na litrze. Owszem, takie równanie jest całkowicie uzasadnione. Jednak nie uwzględnia jednego ważnego czynnika – sytuacja na światowych rynkach ropy. Tu nie ma dobrej informacji. Lewiatan zauważa, że cena baryłki ponownie przekroczyła 80 dolarów. Może się więc okazać, że efekt znany z pierwszej edycji tarczy, tym razem nie wystąpi w takiej samej skali. No i mamy kolejne rozczarowanie.

 

Biedronka daje podwyżki – coraz częściej można przeczytać o tym w internecie. Co to ma wspólnego z Twoją firmą? Otóż sporo. Tak duży pracodawca może być traktowany przez pracowników jak benchmark, czyli punkt odniesienia. Jak to działa?

Biedronka daje podwyżki – sygnał dla rynku

Abstrahując od stereotypów, zasłyszanych opinii, wyrobionych poglądów, trzeba przyznać, że Biedronka dobrze daje sobie radę w szeroko rozumianym HR i employer brandingu. W ostatnich latach portugalski koncern wiele zrobił, by traktować go jako porządnego pracodawcę. To ważne, szczególnie na obecnym, dość wymagającym i trudnym dla firm rynku pracy.

Dlatego nie można przejść obojętnie wobec informacji, że oto Biedronka podnosi wynagrodzenia. Dziś kasjer w popularnej sieci z kilkuletnim stażem, zarabia lepiej niż niejeden pracownik w zupełnie innej branży, nawet wśród pracowników biurowych.

„Zarabiam gorzej niż w Biedronce”

Bardzo nie lubimy takiego porównywania, biorąc pod uwagę, że pracownicy i pracownice sieci naprawdę ciężko i bardzo rzetelnie pracują. Taka opinia wypowiedziana przez pracownika innej branży jest po pierwsze niesprawiedliwa, po drugie stygmatyzująca.

Po trzecie jest dowodem na to, że Biedronka dla wielu jest czymś w rodzaju „benchmarku”, czyli punktu odniesienia. Wszak to potężny pracodawca z ponad 60 tysiącami ludzi na pokładzie.

Dobrze więc wiedzieć ile w Biedronce się zarabia! Zanim jednak przejdziemy do cyfr, warto zastanowić się jak zareagować na uwagę pracownika, który narzeka, że zarabia mniej niż w Biedronce. Może warto zaproponować mu aplikowanie do rzeczonej firmy… szczególnie jeśli poza roszczeniowością nie wnosi do swojej pracy zbyt wiele. Podejrzewamy, że odstąpi od nakreślonego mu planu. W Biedronce może sobie nie poradzić.

CZYTAJ TAKŻE: Automaty paczkowe w sieci Biedronka

Biedronka daje podwyżki – jakie?

Jak informuje Biedronka skala wzrostu miesięcznych pensji pracowników to 200-250 złotych. Wiadomo, że największe podwyżki dotyczą stanowiska sprzedawca-kasjer. W skali roku na podwyżki portugalska sieć zamierza przeznaczyć przeszło 142 mln złotych.

Jak czytamy w komunikacie prasowym Biedronki:

Sprzedawca-kasjer, rozpoczynający pracę w sieci, zarobi od stycznia 2022 r. nie mniej niż 3460 zł do 3800 zł a jeśli ma staż powyżej 3 lat od 3600 zł do 4050 zł. Początkujący kierownik sklepu dostanie nie mniej niż 5100 zł. Zwiększenie wynagrodzeń czeka także pracowników centrów dystrybucyjnych sieci Biedronka. Magazynier z najmniejszym stażem będzie mógł liczyć na 3800 - 4100 zł, a inspektor ds. administracyjno-magazynowych na 4650 - 4950 zł”.

 

Zarobki w Biedronce

Polacy lubią zaglądać drugim w portfele. Biedronka jest tutaj bardzo transparentna i jasno wskazuje na to, jakiego rzędu wynagrodzenia są w zasięgu pracujących w niej osób. Trzeba jednak pamiętać, że pieniądze to jedno. Drugie to dobre słowo. Przy okazji komunikatu o podwyżkach i w przedświątecznej atmosferze warto wspomnieć także o dobrym słowie.

W tym samym komunikacie komplementów wobec podwładnych nie szczędził dyrektor generalny tej sieci. Ludzie lubią być docenieni materialnie. Jeśli jednak chcemy budować prawdziwy employer branding warto zacząć od prostego słowa „dziękuję”. W wielu sytuacjach znaczy ono naprawdę bardzo dużo.

 

Sprzedaż w czasach inflacji w wersji turbo nie może być imponująca. Błąd! To, co się dzieje w polskiej gospodarce, nie pierwszy raz wymyka się z racjonalnych kalkulacji makroekonomistów. Mimo najwyższej w XXI wieku inflacji Polacy kupują na potęgę.

Sprzedaż w czasach inflacji, pandemii i niepewności

Kiedy oglądamy film katastroficzny, spodziewamy się nieuchronnej katastrofy. Kiedy wszystko drożeje, jesteśmy niemal pewni, że sprzedaż spadnie. Czarne wizje, przynajmniej na razie, możemy odłożyć jednak na bok.

CZYTAJ TAKŻE: Firma i inflacja. TOP5 pomysłów na drożyznę

Sprzedaż w czasach inflacji może wyglądać dobrze, a nawet lepiej niż spodziewają się tego ekonomiści. Jak donosi Główny Urząd Statystyczny, sprzedaż detaliczna liczona w cenach stałych urosła w listopadzie 2021 roku o… 12,1% w stosunku do sytuacji sprzed roku. Co takiego się stało? Dodajmy, że nawet optymiści wśród ekonomistów, jeśli wskazywali na wzrost, to maksymalnie jednocyfrowy.

Co się stało ze sprzedażą detaliczną?

Jeśli teraz opisujemy sprzedaż w czasach inflacji, to w ubiegłym roku, w listopadzie pisaliśmy o sprzedaży w czasach pandemii. Co prawda problemu z wirusem nie rozwiązaliśmy, ale w ubiegłym roku była zupełnie inna sytuacja. Listopad 2020 zaczęliśmy rządowym cmentarnym lockdownem. Potem doszły lekcje zdalne dla młodszych uczniów i kolejne branże wyłączane z normalnego działania. Tyle i aż tyle. Dziś, w środku czwartej fali takich obostrzeń nie ma.

Dochodzimy więc do pojęcia „efekt bazy”. O ile w listopadzie 2020 roku był spadek sprzedaży detalicznej o 5,3%, to teraz „zrobienie wyniku” było dużo prostsze. A gdzie w tym wszystkim efekt rekordowej inflacji? Spokojnie, pewnie nadejdzie, ale jeszcze nie teraz. Grudzień tradycyjnie też może wyglądać „nieźle”, bo przecież nadchodzą święta. Przełożenia inflacji na sprzedaż można zatem spodziewać się dopiero w nadchodzącym roku. Gorzej jeśli zadziała ze zdwojoną siłą.

Handel wraca do czasów sprzed pandemii

Skoro obostrzeń nie ma, handel powoli mógł powracać do normalności. O ile możemy tak nazwać czas z inflacją na poziomie 7,8% (odczyt za październik 2021 r.).  Ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan Mariusz Zielonka zwraca uwagę również na niską bazę. Dodaje jednak, że mimo wszystko wynik sprzedaży detalicznej z listopada osiągnął poziom znacznie przekraczający oczekiwania. Jak przyznaje – to duże zaskoczenie. „Pomimo efektu bazy, można wnioskować, że obywatele ruszyli wcześniej do sklepów z obawy o kolejne możliwe restrykcje. Dodatkowo pozytywnego efektu wzrostu można upatrywać w zaniepokojeniu o ciągle rosnące ceny produktów i usług” – czytamy w komentarzu Lewiatana.

CZYTAJ TAKŻE: Pomysł na biznes. Nie zgadniesz jakich zleceń firmy remontowe mają najwięcej!

Co sprzedaje się najlepiej mimo inflacji?

Kto zatem odpowiada za nadspodziewany wzrost sprzedaży? Wynik mocno wykręciły sklepy odzieżowe i obuwnicze (wzrost o prawie 56%!). Na drugim biegunie jest spadek w kategorii pojazdów, motocykli oraz części. Można było się go spodziewać. Kryzys mikroprocesorów robi swoje.

Czy grudzień tradycyjnie zaskoczy nas równie wysokim odczytem? Niewykluczone. Tu również możemy spodziewać się nie tylko „efektu św. Mikołaja”, ale także niskiej bazy, która w obliczu pandemicznych obostrzeń sprzed roku może być decydująca. Wszak zamkniętych galerii dziś nie ma. Wysokie ceny i owszem.

Pękła psychologiczna bariera. Przeciętne wynagrodzenie przebiło poziom 6000 złotych brutto. W listopadzie wyniosło 6022,49 zł. To prawie 1/10 więcej niż rok temu o tej samej porze. Pracodawcy przyznają: tam gdzie nie ma podwyżki, trudno jest utrzymać pracowników

Tam, gdzie nie ma podwyżki, ludzie odchodzą

Niedawno w Magazynie Firma napisaliśmy, że w ciągu ostatnich 3 miesięcy podwyżkę otrzymało tylko 14% pracowników. Głównie mężczyzn. Co zresztą? Rośnie grupa tych, którym nie w głowie zagryzanie zębów i zaciskanie pasa. Tam, gdzie nie ma podwyżki, ludzie odchodzą. Korzystają z konkurencyjnej sytuacji na rynku zatrudnienia i… zmieniają pracę.

Nie jest to tylko teza i teoretyzowanie. Sami pracodawcy, a nawet poważne organizacje ich zrzeszające przyznają:

Pracownicy coraz częściej, wskazując na mniejszą siłę nabywczą otrzymywanego wynagrodzenia, zgłaszają się po podwyżki do pracodawców. Z uwagi na fakt, iż obecnie zmiana pracy jest stosunkowo łatwa. W razie niepowodzenia negocjacji decydują się zmienić pracodawcę” – mówi Monika Fedorczuk, ekspertka rynku pracy z Konfederacji Lewiatan.

Prawda jest jednak taka, że niektórzy pracownicy, którzy w swojej karierze odeszli od szefa z odmowną odpowiedzią, już nawet o nic nie pytają i o nic nie proszą. Po prostu odchodzą.

Gdy nie ma podwyżki, są problemy

Faktycznie. Obok rosnących cen surowców, energii, paliw dochodzi jeszcze jeden inflacjogenny impuls – presja płacowa. Dodajmy, o bezprecedensowej skali. Obserwujemy niespotykaną dotychczas dynamikę wzrostu wynagrodzeń będącą efektem presji płacowej w następstwie inflacji, która obniża realną wartość wynagrodzeń oraz niedoboru pracowników na rynku pracy” – mówi Fedorczuk. Czy mamy zatem do czynienia z zapętloną inflacyjną pułapką? I owszem.

Nie ma podwyżki? Jest większa rotacja

Jak przyznaje w rozmowie z Magazynem Firma jeden z przedsiębiorców z firmy zajmującej się instalacjami, zrezygnował już z kosztownych szkoleń dla pracowników. „Nie będę wychowywał kadry konkurencji, która lepiej płaci” – przyznaje. W ciągu ostatnich 6 miesięcy w dziewięcioosobowej załodze wymieniło się sześciu pracowników. „Tylko jeden wyjechał za granicę, reszta poszła do konkurencji. Nawet dokładnie wiem gdzie” – mówi z pewną bezradnością w głosie.

Rotacja pracowników w opinii ekspertów


Oczywiście, poziom rotacji jest różny w zależności od branży i regionu Polski. Podawana przez GUS wartość przeciętnego wynagrodzenia dotyczy przedsiębiorstw zatrudniających więcej niż 9 pracowników, nie obejmuje więc około 10 mln pracujących. Mając na uwadze wyniki wcześniejszych badań należy mieć na uwadze, że w mikrofirmach wynagrodzenia są znacznie niższe” – mówi Monika Fedorczuk.

Zatrudnienie w Polsce rośnie

Wczytując się w oficjalne dane GUS, dowiadujemy się, że w listopadzie 2021 roku przedsiębiorstwa zatrudniały 6,4 mln osób. To wynik o 0,2% lepszy niż w październiku i o 0,7% niż w  listopadzie 2020 roku. Eksperci zauważają jednak, że to ciągle nieco mniej, niż przed wybuchem pandemii.

Inflacja nie daje za wygraną. 7,8% to już poważny wzrost, który powinien wywołać presję na podwyżki. Tymczasem, jak wynika z badania ARC Rynek i Opinia podwyżka w czasach inflacji spotkała tylko 14% Polaków. (Dane za ostanie 3 miesiące)

Podwyżka w czasach inflacji nie jest dla każdego. Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

Podwyżka w czasach inflacji głównie dla mężczyzn

Jeśli ktoś ma jeszcze złudzenia, że kobiety i mężczyźni mają takie same warunki płacy i pracy, niech spojrzą lepiej w najnowsze badania ARC Rynek i Opinia. Wynika z nich, że odsetek mężczyzn, którzy mogli pochwalić się wyższą pensją, jest dużo więcej niż kobiet. Wśród panów podwyżkę w ostatnim kwartale zadeklarowało 19% pracowników. Wśród pań dostało ją tylko… 10%.

Wyższą pensję najczęściej dostają osoby w wieki 35-44 lata. Aż 21% osób z tej grupy wiekowej odnotowało większe wynagrodzenie za pracę. Całkiem spory odsetek osób z podwyżką znajdziemy także w najmłodszej grupie wiekowej 18-24 lata. W najgorszej pod tym względem sytuacji są osoby w najstarszym przedziale wiekowym. Tylko co dziesiąty pracownik w wieku 45-65 lat mógł cieszyć się z wyższego wynagrodzenia.

Podwyżka w czasach inflacji – konieczna zmiana pracy?

A co zrobić jeśli podwyżki nie ma, a inflacja nie daje spokoju? Prawie co piąty respondent (19%) deklaruje w badaniu ARC Rynek i Opinia, że szuka dodatkowego zajęcia. Dużo mniej, bo 8% jest w trakcie poszukiwań lepiej płatnego zajęcia.

Wciąż zaskakuje niski procent osób, które są gotowe pójść z prośbą o podwyżkę do swojego szefa – tylko 5%. Co ciekawe podobny odsetek był notowany kilka miesięcy temu przed „wybuchem” wszechobecnej drożyzny.

Prawie wszyscy Polacy spodziewają się wzrostu cen

W szybkie opanowanie inflacji nie wierzy prawie nikt. W badaniu ARC Rynek i Opinia aż 95% badanych twierdzi, że ceny w dalszym ciągu będą rosły. 69% spodziewa się "dynamicznego wzrostu".

CZYTAJ TAKŻE: Firma i inflacja. TOP5 Pomysłów jak radzić sobie z drożyzną

Jak radzić sobie w czasach inflacji? 

W zdecydowanej większości polscy konsumenci są gotowi wybierać tańsze produkty lub usługi. W pierwszej kolejności ograniczą wydatki na kulturę, gastronomię i turystykę jak również na zakup słodyczy, alkoholu, ubrań czy obuwia. 33% respondentów rezygnuje z niektórych usług, a 32% próbuje zwiększyć swoje przychody. Ograniczenie konsumpcji dotyczy w największym stopniu najstarszej badanej grupy wiekowej 45-65 lat (41%) oraz osób z wykształceniem wyższym (44%)” - czytamy w inflacyjnym raporcie ARC Rynek i Opinia.

Mamy złe informacje dla firm specjalizujących się w sprzedaży słodyczy, alkoholi i ubrań. To właśnie w tych segmentach Polacy w pierwszej kolejności gotowi są na ograniczenie konsumpcji. Ponadto spora grupa respondentów z najstarszego przedziału wiekowego zamierza oszczędzać na kosmetykach (48%), odzieży (58%), książkach (41%). Najmłodsi konsumenci deklarują rezygnację ze słodyczy (71%).

Te usługi ucierpią przez inflację

W segmencie usług Polacy gotowi są w pierwszej kolejności oszczędzać na kulturze, gastronomii i turystyce. Ograniczenia wydatków nie są za to planowane w obszarze prywatnej opieki medycznej, czy oferty edukacyjnej.

 

Rząd daje tarczę inflacyjną? Zrób sobie ją sam! Firma i inflacja niechętnie idą w parze. Ale skoro potrzeba jest matką wynalazków, można zrobić coś, by zaoszczędzić, a czasem nawet zarobić. Zobacz pięć najlepszych pomysłów na inflacyjną strategię przedsiębiorców.

Firma i inflacja – co robić?

Firma i inflacja to duet, do którego musimy się przyzwyczaić. Drożyzna uderza nie tylko w portfele konsumentów. O ile ten najsłynniejszy wskaźnik CPI oparty na koszyku zakupowym przeciętnego Kowalskiego to dziś 7,7%, o tyle nieco inaczej skonstruowany odczyt PPI, czyli inflacji notowanej przez firmy na różnych etapach produkcji, przebił już barierę 10 proc. Trzeba sobie więc jakoś radzić. Jak? Oto pomysły polskich przedsiębiorców.

SPOSÓB PIERWSZY "Magazynowanie pod korek">>

Akcja „Stopy procentowe w górę” trwa. Coraz więcej ekonomistów wskazuje, że kolejna już podwyżka nie jest ostatnią. I być nie może, bo dziś największym zagrożeniem dla gospodarki (i Twojej firmy) jest inflacja.

Stopy procentowe w górę. Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

Stopy procentowe w górę. Kiedy efekty?

Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że trwająca i potwierdzona w środę, 8 grudnia seria podwyżek stóp procentowych nic nie daje. Ceny rosną, a inflacja dobija się do niewidzianych od dwudziestu jeden lat poziomów.


Po pierwsze. Podwyżka stóp procentowych nie działa jak magiczny przycisk, który natychmiast mówi cenom stop, a one posłusznie hamują. Przełożenie decyzji RPP na ceny odczujemy po wielu miesiącach. Może nawet po roku. I to właśnie dlatego ekonomiści mają pretensję do gremium z NBP, że na pociągnięcie wajchy z napisem „stopy procentowe w górę” zdecydowali się tak późno.

CZYTAJ TAKŻE: Inflacja. Jak komunikować klientom wzrost cen?

Czy podwyżka stóp wyhamuje inwestycje?

Podwyżka stóp co do zasady ma podnieść koszt pieniądza. To sprawia, że ludzie mniej chętnie chodzą na zakupy. Upraszczając, jeśli kupują mniej, spowalniają samonakręcającą się inflacyjną machinę. Sam Kowalski rzeczywistości nie zmieni. Jednak jeśli dołączy do niego Nowak, Kwiatkowski i miliony pozostałych konsumentów, efekt może się udać. Niestety po czasie i... kosztem Twoich wyników sprzedaży. To pierwszy skutek uboczny antyinflacyjnej terapii.

Skutkiem ubocznym może być także ograniczenie inwestycji w firmach, które mając świadomość, droższych kredytów, nie sięgną po nie tak łatwo i tak chętnie, jak powiedzmy tuż przed pandemią. Między innymi dlatego podwyżki stóp nazywa się literacko „schładzaniem gospodarki”.

Ale czy rzeczywiście kolejna podwyżka stóp oznacza, że miliony przedsiębiorców zaniechają inwestycji? Bzdura. Obecnie stopy procentowe są na najwyższym poziomie od lutego 2015 roku. To oznacza, że koszt pieniądza jest taki, jak prawie siedem lat temu. Czy zatem w 2015 roku nikt nie inwestował? Rzeczywiście poziom inwestycji nie był wówczas imponujący, ale nie był też tragiczny.


Jak pokazuje doświadczenie, kto inwestuje w trudniejszych czasach, łatwiej zdobywa przewagę i osiąga cele. Wszystko odbywa się przy wyższym poziomie stresu, ale z większym prawdopodobieństwem sukcesu.

Inflacja jest gorsza od wysokich stóp

Powiedzmy to jasno. Hasło „stopy procentowe w górę” nie powinno nas martwić tak bardzo jak inne pojęcie odmieniane dziś przez wszystkie przypadki, czyli „inflacja”. No, chyba że w ostatnich latach popełniliśmy trochę błędów. Na przykład nadmiarowo zapełniliśmy firmowe magazyny. W takiej sytuacji inflacja nas nagrodzi. Ba, nawet na niej zarobimy, umiejętnie wyprzedając zapasy po w miarę atrakcyjnych cenach.

W większości jednak przypadków inflacja zżera biznes od środka. Wyższa presja płacowa, droższe surowce i komponenty, piekielnie drogie paliwo i… zdecydowanie droższe inwestycje. Trudno te koszty wiecznie przekładać na klientów, bo oni też mają swój próg bólu, który będzie skutkował spadkiem sprzedaży i pełnymi magazynami wyrobów gotowych w firmie.

Choćby dlatego, pozostaje nam trzymanie kciuków za RPP, by ta zdołała ukręcić inflacyjnej hydrze łeb. Niestety "gorzki lek najlepiej leczy".

Czym jest inflacja PPI?

Wiele opracowań dotyczących inflacji opiera się przede wszystkim na inflacji CPI, czyli konsumenckiej. Przedsiębiorców bardziej może (i powinien) interesowań wskaźnik PPI, czyli produkcji producenckiej. To ona tak naprawdę pokazuje w jak poważnych tarapatach jesteśmy już teraz. Kiedy 22 listopada br. GUS opublikował bieżący odczyt tego parametru, ekonomiści nie mogli uwierzyć własnym oczom. Okazało się, że był on najgorszy od… 1997 roku! Wyniósł aż 11,8 procent. Dwucyfrowy wynik naprawdę nie wygląda dobrze.

Inflacja producencka (PPI) to po prostu wzrost cen notowany w działalności polskich firm. Wskaźnik ten pokazuje jak bardzo zmienił się poziom cen, którzy ustalają producenci na różnych etapach wytwarzania dóbr. Tak niekorzystny odczyt nie pozostawia złudzeń. Inflacja pozostanie z nami na dłużej.

Kupiłeś zapas dobrej kawy rok temu? Zarobiłeś 100%. Prawie. Cena kawy na całym świecie dochodzi do absurdalnych poziomów. Swoją drogą, to dobry, akademicki przykład, by pokazać, że inflacja nie bierze się znikąd. Cenna lekcja dla każdego. Szczególnie polityków.

Cena kawy – inflacyjny case study

Z ust polityków, którym inflacja krzyżuje wszelkie możliwe plany i oficjalną narrację, można usłyszeć przeróżne wyjaśnienia tego zjawiska. Prezentowany czasem przy spotkaniach z vox populi ciąg zdarzeń: „rosną wynagrodzenia – rosną koszty przedsiębiorców – rosną ceny” - jest tyle nieprawdziwy co niesprawiedliwy. I jak tu się dziwić, że 61% społeczeństwa za wzrost cen obwinia pazernych przedsiębiorców?. A wystarczy tylko przepracować interesujący case study. Przykład? Cena kawy.

Zacznijmy od nieprawdy. Przyjmując narrację niektórych polityków, cena kawy w ulubionej kawiarni rośnie, bo ludzie więcej zarabiają. A skoro barista poprosił o podwyżkę, kelnerka już ją dostała i student na zmywaku też, trzeba podnieść cenę. Było 10 zł za latte? Niech będzie 14 złotych… a co tam.

Problem w tym, że tak to nie działa. Bo powyższy ciąg zdarzeń nie uwzględnia ceny najważniejszego surowca. Kawy. Jeżeli rzeczywiście weźmiemy pod uwagę presję płacową, wyższe koszty energii, wyższy czynsz za lokal i rekordowo drogą kawę, szybko okaże się, że podniesiona cena latte, dajmy na to o 40%, nie rekompensuje przedsiębiorcy niczego. Niewykluczone, że sam na serwowanej latte, macchiato, czy espresso zarabia mniej niż rok temu. Paradoks? Nie. Codzienność przedsiębiorcy. Równie dobrze może się okazać, że ceny w menu w ogóle nie zmieni. Woli czerpać niższe zyski, niż stracić klientów.

CZYTAJ TAKŻE: Inflacja. Jak komunikować klientom wzrost cen?

Dlaczego rośnie cena kawy?

Problem rosnącej ceny kawy leży daleko od kalkulatorów polskich przedsiębiorców. Znajduje się tysiące kilometrów stąd. Dom Maklerski X-Trade Brokers (xtb) rozłożył ostatnio na czynniki pierwsze kofeinowe szaleństwo. Eksperci zauważają, że wpływ na cenę kawy mają… anomalie pogodowe. Jak wiadomo, aromatyczne ziarenka uprawiane są w ciepłym klimacie na wyżynach w Ameryce Południowej, środkowej Afryce oraz Indochinach. W ostatnim czasie klimat nie sprzyjał uprawom. Opady powyżej średniej w jednych regionach, dramatyczne susze w innych, do tego wysokie różnice temperatur nie służą plonom. Pogoda popsuła uprawy m.in. w Brazylii, która jest największym eksporterem kawy, w tym także popularnej w gastronomii Arabiki.

Jak zauważają specjaliści z xtb kawową katastrofę przypieczętowały m.in. przymrozki, po których dzieła zniszczenia dopełniła susza. Wiele drzewek nie wytrzymało klimatycznego crash testu. Spadki produkcji w Brazylii w porównaniu do normalnego sezonu będą liczone w co najmniej kilku milionach worków, jeśli nie w kilkunastu. Z racji, że odtworzenie upraw może trwać minimum 2 lata, ceny mogą utrzymywać się na wysokim poziomie przez dłuższy okres” – wyjaśnia xtb.

Pandemia a inflacja

Byłoby jednak zbyt prosto, gdyby winę za rosnące ceny kawy zrzucać jedynie na pogodę. Innym czynnikiem jest absolutnie nienormalna sytuacja, jaką światowej gospodarce zgotowała pandemia koronawirusa. Dokładnie rok temu o tej porze, kawiarnie świeciły pustkami. Cała branża gastronomiczna na kilka miesięcy zniknęła. Tymczasem wspomniana Arabika serwowana jest głównie w kawiarniach oraz restauracjach.

Nie trudno zgadnąć, że popyt na kawę drastycznie spadł, co w tamtym czasie miało swoje przełożenie na spadek cen surowca. Wielu plantatorów rzuciło więc uprawy kawy. Do tego doszły problemy z pracownikami przy zbiorach. Potrzeba było kilku miesięcy, by giełdy oszalały. Jeszcze niedawno pełne magazyny ziaren zaczęły pustoszeć. „Nawet przy obecnie słabym realu brazylijskim, który powinien prowadzić do zwiększenia sprzedaży kawy z Brazylii, zapasy i produkcja były zbyt małe, aby doprowadzić do spadku cen na globalnych rynkach” – zauważają eksperci z xtb.

Łańcuchy dostaw a inflacja

Jest jeszcze coś, na co rzadko zwracamy uwagę – napięte łańcuchy dostaw. Zakończenie fazy lockdownów w gospodarce przyspieszyło zamówienia na przeróżne towary. Porty rozgrzane są do czerwoności, a kontenerów zaczyna brakować. Wydłużył się czas oczekiwania na dostawy, czasem nawet trzykrotnie.

Tymczasem w otwartej na nowo gastronomii pojawił się popyt. Podaż z kolei jest ograniczona. Koniec pracy zdalnej sprawił, że przy biurowych ekspresach znów ustawia się poranna kolejka chętnych po małą czarną. Pomnóżmy to przez miliony biur na całym świecie.

Zawsze można wypić kawę w domu. Jednak trudno liczyć na to, że będzie taniej. Ziarenka w sklepach również podrożały. A wpływ na to ma nie tylko cena surowca, ale także transportu, energii, czynszu, pracy… itd.

Magazyn Firma

Magazyn Firma to serwis dla przedsiębiorców sektora MŚP. Prosto, konkretnie i praktycznie pokazujemy to, co ciekawe w zarabianiu pieniędzy.

Odwiedź nas na:

Magazyn Firma 2022. All Rights Reserved.
magnifier