Czy wrócą niedziele handlowe? Jeśli komuś się wydaje, że wskrzeszając niedzielny handel zrobi branży wielki prezent, może mieć rację. Może jednak wraz z tym prezentem zrobić równie wielki problem. Dlaczego? Wystarczy posłuchać właścicieli sklepów w małych miejscowościach.

Co z handlem w niedzielę?

Niedziele handlowe to temat zawsze na czasie. Jeden ze znanych portali regionalnych co czwartek „atakuje” czytelników nagłówkami „sprawdź czy najbliższa niedziela jest handlowa”. A ludzie z ciekawości klikają. Związki pracodawców również szukają pomysłów na wskrzeszenie handlu siódmego dnia, np. w ramach walki ze skutkami pandemii. Tak jakby od tego dnia i tej decyzji zależała przyszłość PKB, rynku pracy i być albo nie być setek firm.

CZYTAJ TAKŻE: Zmiana danych firmy w CEIDG

W pewnym sensie jest w tym trochę racji. Z drugiej jednak strony obecny zakaz handlu w niedzielę z kilkoma wyjątkami mocno zmienił przyzwyczajenia ludzi. Mówimy tu zarówno o klientach, pracownikach jak i właścicielach niewielkich sklepów. Przywrócenie dawnych przepisów byłoby jak prezent, z którym nie bardzo wiadomo co robić.

Kto nie chce handlu w niedzielę?

CZYTAJ TAKŻE: Koniec z pracą na rauszu. Kontrole alkomatem w pracy będą legalne?

Pan Wojciech, prowadzi trzy niewielkie sklepy na obrzeżach dawnego miasta wojewódzkiego. Z jednej strony wspomina brak zakazu handlu w niedzielę, kiedy kolejki osób wracających z kościoła ustawiały się przed ladą. Tylko czy chciałby tego z powrotem? Nie bardzo. Koszty tych kilku handlowych niedziel są zbyt duże. Wyższe wynagrodzenie dla pracowników (trzeba im zapłacić dodatkowe 100 proc. pensji) nie zawsze kompensujące zarobek na czysto z niedzielnej sprzedaży, inne przyzwyczajenia ludzi. Już inne. Wolą zakupy w sobotę.

CZYTAJ TAKŻE: Abonament radiowo-telewizyjny za…komputer w firmie? Już nic nas nie zaskoczy

Pani Dorota, która pracuje u niego od ponad 20 lat, już zapowiedziała, że jeśli zrobi ze sklepu punkt pocztowy, żeby otwierać go w niedzielę, ona odejdzie. Do wnuków.

Właściciele mniejszych sklepów, z którymi rozmawialiśmy, przekonują, że klienci przyzwyczaili się już do tego, że w sklepy są zamknięte w niedzielę, a obroty w piątek i sobotę są na tyle duże, że rekompensują brak niedzielnego handlu. Możesz o tym przeczytać np. TUTAJ

Są i tacy, którzy nawet w okresie częściowego zakazu handlu (gdy sklepy mogły być otwarte tylko w wybrane niedziele) i tak decydowali się na to by nie otwierać sklepów w dni wolne.

Koszty pracy w niedzielę i święta

Nad pracownikami, którzy muszą pracować w niedzielę i w święta pochylili się ustawodawcy przygotowujący kodeks pracy. Zgodnie z przepisami za pracę w dni, które co do zasady są dniami wolnymi traktuje się wykonywanie obowiązków służbowych między godziną 6:00 rano tego dnia, a 6:00 rano dnia następnego (takie prawnicze przesunięcie faktycznej doby o sześć godzin). Nie jest to jednak żelazna zasada, bowiem właściciel firmy może w swoim przedsiębiorstwie określić inne godziny.

Co dostaje w zamian pracownik? Jeżeli pracuje w niedzielę, jego szef powinien mu wskazać inny dzień wolny w ciągu sześciu dni przed pracującą niedzielą lub sześciu dni po niej. Tyle teorii bowiem w przypadku małych firm, sklepów, kiosków czy punktów handlowych nie zawsze wyznaczenie takiego dnia jest możliwe z logistycznego punktu widzenia. Dajmy na to, jest dwóch pracowników i dwie zmiany w grafiku do zapełnienia. Nie bardzo jest więc miejsce w kalendarzu by taki dzień oddać – tym bardziej co tydzień (!) W takim właśnie przypadku, otwiera się droga do dodatku do wynagrodzenia.

CZYTAJ TAKŻE: Handel detaliczny 2021. Czy małe sklepy poradzą sobie po pandemii? [WYWIAD]

Dodatek za pracę w niedzielę

Pracownik, pracujący w niedzielę bez możliwości odzyskania dnia wolnego zyskuje prawo do otrzymania dodatku do miesięcznego wynagrodzenia w wysokości 100% dniówki. Po stronie pracodawcy to oczywiście pensja brutto, ze składkami i podatkami. To oznacza, że dla wielu małych przedsiębiorców powrót do 4 czy nawet 5 niedziel handlowych w miesiącu mógłby być problemem trudnym do finansowego udźwignięcia.

Trend dnia wolnego – co to jest?

W handlu oprócz matematyki liczy się także psychologia. Wśród ludzi, świadomość nadchodzącego dnia bez handlu jest motorem do podejmowania decyzji o większych zakupach. Stąd w soboty w niektórych marketach ustawiają się kolejki podobne do tych, jakie kiedyś były obserwowane przed majówką, 15 sierpnia czy 11 listopada. Jeśli handel niedzielny powróci, efekt zakupowej kumulacji zostanie rozmyty, a tydzień pracy rozciągnie się z sześciu na siedem dni, co oprócz wspomnianych wynagrodzeń wpłynie także na inne koszty np. wzrost rachunków za energię elektryczną, szczególnie w miesiącach zimowych, kiedy szybciej robi się ciemno, do tego dochodzi ogrzewanie itp.

Koszty społeczne handlu w niedzielę

Wiele krajów, także świeckich traktuje zakaz handlu w niedzielę jako możliwość odpoczynku. Szczególnie dla kobiet, które w przeciwnym razie musiałyby pracować w niektórych sklepach nawet siedem dni w tygodniu. Zdaniem psychologów, taki tryb pracy może prowadzić do szybszego wypalenia zawodowego, przemęczenia skutkującego chorobami lub kosztownymi błędami, a także pogorszeniem więzi w rodzinach, które są jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Wielu zwolenników handlu w niedzielę zdaje się o tym zapominać. Co ciekawe, częściej pamiętają o tym drobni przedsiębiorcy, którzy choćby z tego powodu nie chcą wracać do modelu sprzed ograniczenia niedzielnego handlu.

Niedziele handlowe w dużym mieście

W dużym mieście to zupełnie inna historia. Zapracowani ludzie, którym wiecznie brakuje czasu, bo korporacja wymaga dyspozycyjności do tego stopnia, że czasem zapominają o całym świecie. Dla nich niedziela często była jedynym dniem, kiedy zakupy mogli zrobić na spokojnie, bez pośpiechu. Nic więc dziwnego, że to wśród nich pojawiło się tak wielkie niezadowolenie, gdy okazało się, że zakupów w niedzielę już nie będzie, a przynajmniej nie we wszystkie.

Ten brak odczuwały także osiedlowe sklepy, które właśnie w niedziele nadrabiały tygodniowy wynik. Podobnie zresztą galerie handlowe, dla których niedziela zawsze oznaczała tłumy. Teraz, w dobie pandemii okazało się, że nawet w dni robocze może trwać zakaz, który brutalnie weryfikuje odporność wielu najemców na skrajnie niekorzystne warunki prowadzenia biznesu.

Handel w niedzielę a pandemia

Jest tu pewien zgrzyt. Czy ten sam rząd, który zamyka z powodów bezpieczeństwa restauracje, siłownie i hotele, otworzy szeroko drzwi dla niedzielnego handlu? Zwolniennicy takiego rozwiązania mówią, że to dla bezpieczeństwa ludzi, których ruch inaczej się rozłoży w ciągu tygodnia. Nie będzie więc tłumów. A jeśli się nie rozłoży, bo siła świeżego przyzwyczajenia każe im jechać do marketu w piątkowy lub sobotni wieczór? Pamiętajmy, że ten sam rząd obiecał pracownikom sklepów wolne niedziele dla rodziny. Czy można sobie wyobrazić, że cofnie się w tej sprawie o krok po tych wszystkich argumentach, że w niedzielę handlować się nie powinno? Nie bardzo. Pandemia staje się pewną furtką, która może taki ruch wstecz uzasadnić. Tylko czy to uzasadnienie będzie trzymało się kupy?

Nie wierzy w to Pani Anna, która już od dekady prowadzi sklep delikatesowy na osiedlu w powiatowym miasteczku. Trochę warzyw, pieczywa, wędlin, słodyczy. Do tego papierosy i piwo. Ona nigdy nie otwierała sklepu w niedzielę. Może raz, kiedy na pobliskim placu był koncert i można było zarobić na przyjezdnych. Jej zakaz handlu nie dotknął, bo zawsze pracowała przez sześć dni. Nigdy w niedzielę. Jak deklaruje, nie zmieni tego również wtedy, gdy ktoś zakaz niedzielnego handlu zniesie. – Nie wierzę, że to mi się opłaci – mówi.